Post powstaje z myślą o znajomych, których obdarzam słoiczkiem mydła potasowego i nie wiedzą, co można z nim zrobić.
Jako, że kilka firm ma takie w swojej ofercie (Mydlarnia TULI, ETJA), to przedstawiam moje pomysły tutaj, korzystajcie!
Mydło potasowe wiele ma imion - szare mydło (to "prawdziwe", niegdysiejsze), sapo kalinus, sapo viridis - preparat galenowy, w końcu znane marokańskie savon noire.
W wersji skoncentrowanej ma postać przypominającą miód - przejrzysty, gęsty żel.
Mydło potasowe tradycyjne (czyli też moje domowe) będzie miało lekko zasadowe pH czyli około 8-9 i jest to cecha nie do przeskoczenia. Ma to swoje plusy - bo zasadowe pH podbija moc czyszczącą i trwałość, oraz wady - nie do każdej cery się będzie odpowiednie, bo niektóre się nie polubią z nim dla zasady ;)
Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że mydła tradycyjne są dobre albo złe. Stanowią oddzielną gałąź chemii kosmetycznej i dają inne możliwości niż mydło sodowe czy popularne obecnie środki myjące.
Mydło lniane jest znanym od dekad surowcem farmaceutycznym i stanowi bazę maści i mydeł leczniczych.
Bardzo odradzam mydła potasowe w przypadku skóry uszkodzonej - z ranami, rozdrapanymi pryszczami, poparzonej, otartej; bardzo wrażliwej np reaktywnej naczynkowej i u malutkich dzieci; chyba że producent sugeruje inaczej, bo można stworzyć potasiaka, który będzie super łagodny.
W wersji najłagodniejszej czyli łagodna baza i spieniacz sprawdziło się w pielęgnacji świeżego tatuażu u mojego K.
Moc mydła potasowego zależy od kilku czynników:
oleju bazowego bądź ich mieszanki np mydło na oliwie jest bardzo łagodne, bardziej emulguje niż się pieni a mydłem kokosowym można rozpuścić farby, smary i inne ciężkie zabrudzenia, a naskórek na pewno ;) mydło lniane i rzepakowe jest gdzieś pomiędzy tzn już dobrze myją ale są łagodne dla skóry
przetłuszczenia (ang. superfat), czyli naddatku oleju, który nie ulegnie zmydleniu i będzie działać pielęgnacyjne. Olej może być w recepturze (czyli np 5% naddatku) albo dodany po zmydleniu do gotowej pasty mydlanej. Ogromna zaleta mydeł potasowych - można je pięknie uzdatniać potem :D
siła myjąca dodatków: glinki, ostre drobinki peelingujące, mocne olejki eteryczne typu herbaciany będą podnosić siłę myjącą mydła
stężenia - im mniej mydła w mydle (w produkcie końcowym), tym będzie ono łagodniejsze.
Osobiście wolę mydła łagodne z niskim przetłuszczeniem a potem się nimi bawię :>
Zastosowania mydła potasowego
W postaci pasty - prosto ze słoiczka
do mycia rąk, ciała, twarzy (uwaga na oczy) palcami - porcja wielkości groszku
do mycia j/w z użyciem gąbki lub szczotki silikonowej - podobnie
jako peeling enzymatyczny - nałożony na problematyczne miejsca na kilka minut zmiękcza naskórek i pomaga usunąć np zgrubienia, suche skórki - posmarować cienką warstwą
do pedicure - rozpuszczamy w misce z wodą łyżkę mydła i moczymy stopy, pomaga zmiękczyć skórki, powalczy z infekcjami, zmniejszy potliwość
Rozwodnione (jeśli mydło miało minimalną ilość wody czyli <30% masy tłuszczu)
w stosunku 50g mydła na 100-150ml wody jako mydło w płynie dobre do pompki - dotyczy mocniejszych mydeł; słabsze nie chcą się rozpuścić w tej ilości wody
w stosunku 50g mydła na 250ml wody do pojemnika z pompką pianotwórczą - dotyczy większości mydeł potasowych, z jakimi miałam do czynienia. Potasowe w postaci pianki jest moją ulubioną formą do mycia rąk.
Mydło i wodę można umieścić w słoiku i zostawić, w temperaturze pokojowej powinno się rozpuścić przez noc. To, co pozostanie potrzebuje albo wyższej temperatury, albo więcej wody. Do butelki z pompką przelać tylko rozpuszczone mydło, bo może zatkać pompkę.
Dodatki, dodateczki
Do mydła w postaci pasty można dodać (odrobinę!):
glinkę
zmielone orzechy, pestki
olejki eteryczne (max 10-15 kropli na podane wyżej ilości; lepiej mniej niż więcej)
Do rozwadniania
wodę jak najczystszą, np destylowaną albo przefiltrowaną i zagotowaną
Mydło w postaci pasty bez dodatków jest bardzo trwałe, z dala od światła i ciepła może czekać kilka lat. Każdy mokry dodatek skraca trwałość, więc po rozwodnieniu / uzdatnieniu najlepiej zużyć mydło sprawnie.
Wszechstronna bestia to jest! Spotkałam się z mydłem potasowym w składzie wcierki, jako składnik zmiękczająco-oczyszczający (Bionigree - Serum oczyszczające do skóry głowy) i w serii mydeł w płynie Barwa Hypoalergiczna, w myjadle do twarzy Ziaja Jeju Białe mydło do twarzy. Zastosowań jest moc.
Zainteresowanych myciem włosów mydłem potasowym odsyłam do mojego wpisu Misja Szampon. Opisuję tam kilka prób, spostrzeżenia i uwagi oraz garść przemyśleń. Eksperymentów nie kontynuowałam, bo życie. Obecnie na włosach rozjaśnianych i plączących się nie śmiem ryzykować, aczkolwiek wcierka oczyszczająca produkcji własnej korci.
A jakie mydełko planuje się na późną jesień? ;)
Tęsknię za lnianym, ale i butla oliwy się do mnie uśmiecha, i czerwony olej palmowy! Tyle możliwości :D
Ostatnio w mediach nastał czas, aby menstruacja przestała być tematem tabu. Mniej więcej połowa z nas to biologiczne kobiety. Mamy macice. Krwawimy. No!
Mam i ja - i postanowiłam dołączyć do detabuizacji zagadnienia!
(I jeszcze do tego dzisiaj Krwawy Księżyc, czyli różowa pełnia. Kiedy, jak nie dziś?)
* * *
HerStory...
Jestem #teamtampon. Z bardzo prostej przyczyny - mam bardzo obfite krwawienia i jestem w stanie przelać wszystko. Tampony przynajmniej hamują falę powodziową, a zanim nauczyłam się ich używać - regularnie co miesiąc na długiej przerwie biegłam do domu się przebrać. Taka sytuacja.
W moim domu materiały higieniczne były zawsze dostępne i pod dostatkiem, a sam okres nie był tematem tabu. Dzisiaj wiem, że pod tym względem należę do szczęśliwców :)
Nadal nienawidząc podpasek, opierając się na tamponach z powodu braku innych opcji żyłam sobie spokojnie do 2014 i pierwszego kontaktu z kubeczkiem menstruacyjnym MoonCup, który otrzymałam do testów od sklepu, który już nie istnieje.
Z pewną taką nieśmiałością pisałam o moich wrażeniach. O dziwo, nie polały się nam mnie wiadra hejtu - a polskie internety nie były jeszcze gotowe na takie tematy. Czy już są?...
Wtedy nie nauczyłam się z kubeczkiem współpracować, ergo nie stał się on moją miłością.
Do dzisiaj przerobiłam kubeczki cztery, z czego tylko jeden mi ostatecznie nie pasował. A dwa zginęły śmiercią tragiczną z rąk (łapek i ząbków) Krakersa.
Nie pytajcie ;P
Czemu dopiero teraz?
Pewien dziwny zbieg okoliczności sprawił, że w zeszłym roku czasu zabijanego na YT jakby przybyło i oczy moje błądząc po różnych zakątkach internetu natrafiły na całe kanały poświęcone kubeczkom, ich rodzajom, kształtom. Dowiedziałam się na przykład, że tam na dole jest nie tylko dziura, że jesteśmy różne i nie każdy kubeczek podejdzie każdej pani! Wow. Pilnie przyswoiłam wiedzę, zastosowałam wskazówki - i jednak jest miłość!
Jak się okazało, mam trudną kombinację - obfite krwawienia plus nisko umieszczona szyjka macicy, ale udało się dobrać coś odpowiedniego, chociaż nie od razu...
Teraz nie wyobrażam sobie życia bez kubeczka! Te dwa, które mam obecnie, spokojnie wystarczają na cały czas trwania okresu (...?), mogę nawet zakorkować się z wyprzedzeniem, co przy tamponach nie wchodziło w grę. Nie muszę odgadywać obfitości krwawienia, bo kubeczek przyjmie każde a wyjmowanie pustego nie śni się po nocach, jak przy tamponie. Widzisz swoją krew, co może być edukacyjne! I kasowo jestem dawno do przodu, nie wspominając już o ilości odpadów produkowanych co miesiąc.
Owszem, ma swoje wady. Nie zawsze są warunki komfortowe do opróżnienia kubeczka. Obsługi trzeba się nauczyć - ile razy się uświniłam, tego nikt nie zliczy. Nawet najlepiej dobrany kubeczek lekko przesącza się, więc trzeba mieć na to poprawkę. Wyparzanie jest bardziej problematyczne niż wrzucenie do kosza. Czasem trzeba użyć nawilżacza. Widzisz swoją krew.
Ale moja wadżajna jest szczęśliwsza, wiem to na pewno.
MoonCup - epic foto 2014
Ten pierwszy...
MoonCup B
Mój pierwszy kubeczek. Ma standardowy kształt tulipanka, średnią pojemność i nóżkę, którą można uciąć (polecam!). Wykonany z bezbarwnego silikonu, który pociemniał w czasie swojej służby.
Jest dość sztywny, co ma swoje plusy i minusy. Na plus - łatwo się rozwija w środku, szczelnie dolega i mniejsza szansa, że przecieknie podczas aktywności i napinania mięśni różnych. Na minus - w bolesne dni może powodować nieprzyjemny ucisk, a ogólnie utrudnia załatwienie się, i jedynkę i dwójkę. Dobrze sprawdza się, kiedy trzeba opróżnić ładunek poza domem, bo wiadomo, że na pewno łatwo się rozłoży.
U mnie nie wystarczał na najbardziej obfite dni, ale przy normalnych i lekkich okresach powinien wystarczyć.
Kiedy już nauczyłam się poprawnie zakładać kubeczek, stał się moim must have na okres.
Kubeczek nadal kosztuje około 100zł, jest trwały jak diabli i zużycie widać tylko po odbarwianiu się silikonu. Nie jest odporny tylko na kocie pazury ;D
Facelle, rozmiar S (teraz są od XS)
Kiedy tylko dowiedziałam się, że Rossmann wprowadził do PL tańszą alternatywę - musiałam go mieć! Jest śliczny fioletowy, mięciutki i taki malutki. W środku prawie go nie czuć, nic nie gniecie. Przez to, że mięciutki - nie zawsze chciał się rozłożyć. Finalnie mogę powiedzieć, że mi się nie sprawdził, bo taki mały jest dla mnie bez sensu (na 4-ty dzień...?), natomiast to na nim nauczyłam się 1) zwijać kubeczek na więcej sposobów niż różyczka i C 2) trafiać sobie w szyjkę a nie obok 3) i że taki mały nie ma sensu, więc jestem do przodu o cenną wiedzę :) Ma kształt tulipanka i listek, który można obciąć jeśli uwiera.
Kubeczek najchętniej rozwijał się zwinięty w "7"
Dostępny stacjonarnie w Rossmannie, koszt 40zł ale często jest na promocji.
Też nie przeżył konfrontacji z kotem...
Facelle L
Facelle, rozmiar L (obecny największy to M)
Odrobinę sztywniejszy niż Facelle S, ale nadal miękki, więc nie uwiera. Czasem mam wrażenie, że zmniejsza bóle skurczowe, ale nie zawsze. Jest bardziej pojemny (25ml), jest dość wysoki, przez co nie zawsze wygodnie mi się nosi.
Ma podziałkę, dzięki czemu dowiedziałam się, że jednak mam rekordowe krwawienia (wiaderka!), więc przynajmniej mój kompletny brak sił jest wtedy uzasadniony. Niagara to oczywiście temat do lekarza.
Lubię go na najobfitsze dni i na samym końcu okresu. Nie zawsze chce mi się otworzyć, dlatego wolę go, kiedy jestem w domu i mogę go poprawiać sto razy albo kiedy nie trzeba do niego zaglądać przez wiele godzin.
Obecnie Rossman zmienił ofertę kubeczków, ale mam wrażenie, że nowa M to będzie moja L-ka.
Świetnie wydane 30zł ;]
Selenacup
Selenacup Basic, rozmiar M
Nabyłam czem prędzej, kiedy Krakers dopadł MoonCupa...
Moim zdaniem kubeczki te (MoonCup i Selenacup basic) są do siebie bardzo podobne z wielkości, kszatłu, rozmiaru i twardości. Różni je cena, dostępność (SC jest stacjonarnie w Hebe), kolor (SC różowy contra przezroczysty MC) i ucho zamiast ogonka. Ucho obcięłam oczywiście. Poza tym w użytkowaniu zbliżone są tak bardzo, że mogłabym skopiować tamten akapit :)
Do kubeczka producent dołączył pojemnik do wyparzania (i ochrony przed kotami? Przypadek?...).
Cena - 70, a na promo nawet 55 :)
Obecnie mam (bo te przeżyły) Selenacup i Facelle L i służą mi dzielnie. Na pierwszy rzut oka różnica wydaje się niewielka, ale te kilka mililitrów pojemności oraz inna sztywność robią różnicę! I uzupełniają się dobrze. W przyszłości wypróbowałabym inne kształty, np kuliste. Albo dysk menstruacyjny.
Dawno na siebie zarobiły, przy moich potopach zużywałam sporo tamponów każdego miesiąca. O ile znowu (tfu!) nie będą miały wypadku, powinny służyć w zdrowiu kilka lat a zużycia nie będzie widać.
Podsumowanie krótkie - podoba mi się ten wynalazek. Cieszę się, że kobietki mają teraz tyle możliwości :>
I przysięgam! Pilnuję moich zabawek! Tylko Krakersik jest szybszy... :D
Przyjaciółka poprosiła mnie o przepis, więc postanowiłam wrzucić go również tutaj.
Zamieszczam poniżej kilka trików, które pozwalają mi wykonać ten pyszny deser bez problemów.
O puddingu przypomniałąm sobie w styczniu. Moje kolejne 18te ;) urodziny miałam nadzieję spędzić pod palmą, ale wyszło jak wiecie. Zamiast tego małe przyjęcie urodzinowe odbyło się w klimacie podróżnym, z sałatką meksykańską i deserkiem a'la Pina Colada ;P
Pamiętając wcześniejsze porażki w postaci przypalania się puddingu do garnka sięgnęłam po zniesławione urządzenie kuchenne - kuchenkę mikrofalową! I plan okazał się dobry :)
*Przy braku kuchenki można wprosić się na gotowanie do sąsiadów, jako ja czynię obecnie.
mam wierzbę w słoiku LOL
Składniki na 4 porcje po kaftan albo 6 mniejszych
80g kulek tapioki - około pół szklanki
puszka mleka kokosowego - całość
płyn do rozcieńczania - na początek 1/2 szklanki, ale kulki mogą wypić więcej; sok z puszki spod ananasa #zerowaste, mleko roślinne lekkie, zielona herbata (napar)
opcjonalnie słodzidło: cukier, miód, syrop klonowy - jeśli lubisz słodko, ale moim zdaniem nie ma potrzeby
owoce puszkowane oraz świeże - ananas, brzoskwinie; pięknie pasuje też mus z borówek i do tego cudownie wygląda
Narzędzia
kuchenka mikrofalowa
naczynie nadające się do długiego grzania w kuchence, z pokrywką z wentylkiem oraz WAŻNE! z uchwytami, które nie będą się nagrzewać. Pojemnik powinien mieć zapas miejsca, objętość masy zwiększy się nieco a podczas grzania może ona bulgotać
poręczne mieszadło, np łopatka silikonowa
spokój i ostrożność
Przygotowanie
Kulki tapiokowe i mleko kokosowe przełóż do pojemnika, pozwól im namoknąć z 30 minut (jak nie masz czasu, to nie szkodzi, jak zapomnisz, to też nie szkodzi :P). Jeśli masz płyn z owoców, to dodaj go na samym końcu, żeby nie stracił witamin podczas podgrzewania.
Wyciągaj i mieszaj ostrożnie, naczynie będzie nagrzane, może buchnąć para. Sama masa będzie gorąca i lepka, można się poparzyć.
Podgrzewaj w kuchence około 2 minuty. Wyciągnij, zamieszaj, przykryj i wstaw do grzania na około 1 minutę. Powtórz kilka razy. Zauważysz, jak płyn zacznie gęstnieć na dnie i ściankach naczynia a kulki robią się przezroczyste. Powtarzaj do momentu, aż większość kulek tapioki będzie prawie w całości przezroczysta. Teraz możesz dolać sok, słodzidło, wymieszaj, zamknij pojemnik i schowaj pod koc/kołdrę/kurtkę, żeby doszedł w cieple. Jak kulki zrobią się całkiem przezroczyste - są gotowe! Jeśli wypiły cały płyn, nadal można dolać trochę soku lub mleka roślinnego.
Kiedy masa ostygnie to najlepszy moment, żeby przełożyć ją do pucharków, udekorować owocami i schłodzić w lodówce. Jak zapomnisz, to masa pozbija się w grudy ale to nie szkodzi :P tylko mniej #foodporn
mniej #foodporn, nadal #pyszota
Megaplusy puddingu kokosowego:
z natury bezpieczny dla alergików #dlatychconiemogo
bez dodatku cukru, a jednak słodkie :) zapach kokosa i kremowa konsystencja oszukują mózg
jest wypasionym comfortfoodem, ale!
ma ciekawszą strukturę niż zwykły budyń :P
jest lekkostrawny dla jelitek i żołądka, bo nie ma dużo błonnika a tłuszcz kokosowy jest stosunkowo lekkostrawny dla wątroby
tłuszcz równoważy skrobię, więc całość ma co najwyżej średni indeks glikemiczny ^^ a jak napchasz owoców jagodowych i orzechów to już w ogóle OK
stopniowe podgrzewanie pozwala uniknąć przegrzania oleju kokosowego, nie ma smrodku (jeśli nie lubicie tak jak ja)
mało zachodu, oprócz akcji mikrofala deser właściwie robi się sam
deser nie jest mokry, więc nadaje się na wycieczkę
ma sporo kalorii ale "łatwo dostępnych", więc ponownie - potencjał wycieczkowy
smakuje na ciepło i na zimno
znalezienie składników bez syfu nie jest wyzwaniem - puszkę z ananasem w SOKU zamiast syropu znalazłam przypadkiem w Biedrze, a mleko koko bez emulgatora jest w Rossmannie
Moje patenty:
1. Mikrofala, bo się nie przypala ;P
2. Garnek do gotowania w mikrofali sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Jak jeszcze miałam mikrofalówkę na stanie, gotowałam w nim wszystko, co lubi się przypalić, np amarantus, komosę, budynie, owsianki. Mam jakiś czeski, dawno zmyło mu się logo, ale wujek Google mówi mi, że jest tego teraz sporo. Ważne, żeby miał atest do mikrofalówki, wentylek i uchwyty.
Jeszcze raz kitku. Bo jest cudny ;D
Tyle na dziś! Życzę smacznego.
Proszę zamawiać pogodę wycieczkową razem ze mną :)
Wbijam na chwilę, by podzielić się przepisem na ciekawy, choć nieoczywisty deser.
Zainspirowałam się przepisem z bloga Paleowski, natomiast zmodyfikowałam po swojemu.
Konsystencją przypomina pieczony sernik, też jest wilgotny ale lżejszy. Nie bój się kalafiora na słodko - zestawienie jest zaskakujące, ale działa! Przekonuje też zatwardziałych wyznawców tradycyjnych deserów :)
Ciasto nie jest bardzo pracochłonne - większość roboty odwala za nas malakser a potem piekarnik. W przepisie nie ma glutenu ani produktów mlecznych, ma potencjał na adaptację na wegan. Pozwala przemycić sporą porcję warzyw w bardzo przyjemnej formie :)
Składniki:
paczka kalafiora mrożonego ok. 450g
2 jajka
2 dojrzałe banany
1/3 - 1/4 kubka oleju o neutralnym smaku
2-3 łyżki cukru* (miodu, syropu klonowego itd)
owoce na wierzch** - winogrona, śliwki, ananas z puszki, brzoskwinie
opcjonalnie kakao do zafarbowania części masy :)
Ewentualny spód*** - jeśli mam możliwość, daję pokruszone bezglutenowe ciastka, wymieszane z olejem w takiej ilości, żeby nie było całkiem sypkie.
Piekłam kalafiornika też zupełnie bez spodu i też wychodzi!
*Bardzo odradzam ksylitOL i inne OLe, zwiększają ryzyko rewolucji jelitowej (kalafior sam zawiera sporo OLi)
**Owoce mogą być kwaskowate, kalafiornik jest mdły. Do zdjęcia pozuje dżem wiśniowy, bo taki mam, ale brzoskwiniowy byłby lepszy...
***Dzisiejszy spód to wykorzystanie migdałowego mazurka, który po wystygnięciu związał na beton - wilgoć masy kalafiorowej przywróciła go do życia :D
Wykonanie:
Kalafior obgotuj w lekko osolonej wodzie, aż będzie al dente (dojdzie podczas pieczenia). Nie przegotuj go, bo masa będzie za mokra i wyjdzie budyń. Pozostaw do wystygnięcia na sitku, by dobrze ociekł.
Zmiksuj na gładką masę wystudzony kalafior z olejem, jajkami i bananami, dodaj cukier. (Jeśli chcesz sernik w ciapki, to teraz oddziel max 1/4 masy i dodaj ok. 1 łyżki kakao do pieczenia).
Ustaw piekarnik na 180°C, przygotuj foremkę wyłożoną papierem.
Wylej masę i ułóż na wierzchu owoce, nie za dużo bo puszczą sok i też wyjdzie budyń****.
Piecz około 40 minut*****.
Po upieczeniu masa będzie nadal bardzo miękka (ale nie powinna być płynna). Odstaw ciasto do ostygnięcia a następnie dla stężenia masy do lodówki.
****A jeśli wyszedł Ci budyń - nie szkodzi, deser nadal będzie jadalny, tylko nie jest już ciastem ;P
*****Ja miałam wielką foremkę, masa ma 1cm wysokości - czas 35 minut wystarczył.
Smacznego :)
Zdjęcia są owocem nauki obsługi aparatu, za co ewentualnie przepraszam co wrażliwszych ;)
Była ze mną od kilku lat. Wiedziałam, że nasz czas razem jest policzony...
Nie był to idealny związek, oj nie!
Ale była moją pierwszą. A pierwszej można wiele wybaczyć, prawda? ;)
Złociutka była kapryśna i marudna, super wrażliwa i dosadnie domagała się respektowania swoich potrzeb. Potrafiła strzelić focha w środku nocy, bo było jej za zimno. To już nie była asertywność, to już bierna agresja...
Ale było milion dobrych stron tej znajomości. Pokazała mi nowe odmiany wolności. Z nią świat dosłownie stał się większy, alternatywy liczniejsze i często ciekawsze.
Przy okazji nauczyła mnie odpowiedzialności za siebie i innych.
Dzięki niej dowiedziałam się, na kim mogę tak naprawdę polegać - na starym znajomym czy na przypadkowym przechodniu.
Była świadkiem ważnych chwil w moim życiu. Kibicowała rodzącej się miłości.
Pod koniec nie była już piękna i gładka, ale styrana życiem.
Dziękuję Ci, Złociutka!
A teraz pędź po niebieskich autostradach, już czas!
*RIP*
Fiat "Złociutka" Seicento, 2003-2020
* * *
Nie umiem w pożegnania.
Czas zacząć się ich uczyć, bo są jedynym, co w życiu jest pewne. Ludzie i stworzenia wokół nas kiedyś odejdą, z czasem na zawsze.
Miesiącami przechodziłam "żałobę" po rozstaniu z chłopakiem, latami po rozpadzie przyjaźni. Unikam pogrzebów jak ognia, bo ryczę jak bóbr, a na pogrzebie ciotki dostałam głupawki (taki zabawny mechanizm obronny).
Przepłakałam miesiąc po śmierci kotki (ale tak naprawdę to nadal mi smutno).
Uczmy się żegnać.
* * *
Eh, Nena!
Spędziłyśmy razem trochę ponad rok, ale była wyjątkowym kotem...
Już nie będzie zaskoczeniem - zmagam się z upierdliwym do granic PMSem.
Badania były porobione, przeżyłam 3 kuracje zalecone przez endo... z niepowodzeniem - i dostałam zielone światło na naturalne sposoby, przesiane konkretnie przez sito zdrowego rozsądku.
Na tapet wchodzi herbatka ziołowa z Darów Natury. Herbatki są bezpieczniejsze niż tabletki ziołowe, napary zazwyczaj działają słabiej, więc w razie wpadki mniej zaszkodzą. A i organizm szybciej może dać nam znać, że coś mu nie pasuje - bo zbrzydnie nam zapach albo smak specyfiku albo żołądek zaczyna protestować. Tak, wierzę w żywienie (a więc i leczenie) intuicyjne.
Herbatka Dla Pań
Kompozycja starannie wyselekcjonowanych, ekologicznych owoców i ziół, polecana kobietom w różnym wieku. Ziele pięciornika gęsiego, jasnoty oraz serdecznika pomagają przy dyskomforcie przed okresem i regulują cykl menstruacyjny. Nagietek posiada właściwości przeciwzapalne. Owoc tarniny przyczynia się do dobrego samopoczucia fizycznego oraz pomaga wzmocnić ciało.
reguluje miesiączkowanie; przyśpiesza gojenie się ran.
Wskazania:
zaburzenia trawienne (wzdęcia, odbijanie, burczenie i przelewanie w jelitach, bóle brzucha, skurcze jelit, uczucie pełności w brzuchu), nieżyt, zakażenia i stany zapalne układu pokarmowego, choroby trzustki, wątroby i pęcherzyka żółciowego, biegunka, zaparcia,
obfite, bolesne i nieregularne krwawienia miesiączkowe, zapalenie przydatków, okres po- i przekwitania oraz choroby z nimi związane,
ściągające, przeciwkrwotoczne, wyraźnie przeciwzapalne, fungistatyczne, antybakteryjne, przeciwwysiękowe,
żółciopędne, ochronne na miąższ wątroby,
rozkurczowe, metaboliczne.
Wskazania (doustnie):
nieżyty układu oddechowego i pokarmowego, białe upławy, bolesne miesiączkowanie, nadmierne krwawienia miesiączkowe; zaburzenia przemiany materii; przewlekłe choroby skóry na tle metabolicznym; kruchość naczyń krwionośnych; hemoroidy; niewydolność i uszkodzenie wątroby.
Działanie udowodnione naukowo: przeciwbakteryjne, przeciwzapalne miejscowo i ogólnie, immunostymulujące (jednak nie do końca, bowiem hamuje równocześnie niektóre procesy autoimmunologiczne).
przeciwwysiękowe
hamuje rozwój infekcji rhinowirusowej
zmniejsza objawy alergii np na pyłki
Oficjalnie jest używana w leczeniu zapalenia gardła i oskrzeli, przeziębienia, kataru nosa na tle infekcji wirusowej oraz alergii. Łagodzi kaszel, szczególnie w syropach; leczy podrażnienia gardła.
W medycynie ludowej ziele koniczyny stosowano jedynie jako środek hamujący nadmierne krwawienia miesiączkowe, uszczelniający i wzmacniający naczynia krwionośne, wykrztuśny, moczopędny, odtruwający, przeciwobrzękowy, mlekopędny oraz uspokajający.
Używany w syropach przeciwkaszlowych
Koniczyna to typowe zioło dla kobiet. Leczy trądzik androgenny u kobiet, znosi objawy napięcia przedmiesiączkowego, reguluje menstruacje. Podnosi poziom estrogenów, podawany podczas menopauzy
regulują wypróżnienia, łagodzą podrażnienia gardła, przełyku, żołądka i jelit.
Zastosowane na skórę działają typowo nawilżająco, ochronnie i przeciwzapalnie.
Wskazania:
choroba wrzodowa, nieżyty przewodu pokarmowego, zaparcia, zespół jelita drażliwego, kaszel, chrypka, zapalenie krtani; stany zapalne żołądka.
Kwiat malwy działa podobnie jak liść, przy czym obecność antocyjanów sprawia, że preparaty z kwiatów malwy działają silniej przeciwzapalnie i poprawiają przepływ krwi przez drobne naczynia krwionośne (włosowate). Ponadto preparaty z kwiatów silniej uszczelniają ścianki naczyń krwionośnych.
w leczeniu chorób wątroby (obrzmienia wątroby), przy zaparciach, kurczach żołądkowych, gruźlicy, nowotworach, przy skąpych miesiączkach.
Działanie:
antybakteryjne, antypierwotniakowe, przeciwzapalne, ściągające, moczopędne, napotne i odtruwające.
antyseptycznie.
przy nieżytach żołądka i jelit oraz jako środek czyszczący krew.
przy przeziębieniu, kaszlu, ponadto grypie oraz wielu innych chorobach zakaźnych podobnie objawiających się jak grypa.
do płukania jamy ustnej i gardła przy bolesnych nadżerkach i aftach, zapaleniu dziąseł, bólu gardła
Wyciągi z kwiatu nagietka mają działanie przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze, antywirusowe, immunostymulujące i przeciwnowotworowe.
Nagietek może być polecany w leczeniu atopowego zapalenia skóry, łuszczycy i trądziku. Łagodzi objawy trądziku różowatego i zapalenia mieszków włosowych.
Większość ziół w tej mieszance ma działanie ogólne przeciwzapalne, usprawnia pracę układu pokarmowego, ułatwia trawienie i przyspiesza gojenie ewentualnych podrażnień śluzówki.
Wspierają i chronią wątrobę - bardzo ważny narząd dla hormonów, gdzie są aktywowane i dezaktywowane.
Sporo składników działa rozkurczowo (na mięśnie gładkie brzucha?). Usprawniają mikrokrążenie i zmniejszają ryzyko nadmiernego krwawienia. P
Powtarza się działanie moczopędne - przydatne do sprawniejszego usuwania odpadów, zmniejsza obrzęki, obniża ciśnienie i wypłukuje elektrolity (mniej fajnie). Razem z działaniem przeciwzapalnym na drogi moczowe i rodne - ładne kombo.
Łagodnie podkręca odporność, a w 2 połowie cuklu podatność na infekcje jest większa więc znowu spoko. Nie powinno nakręcać chorób autoimmunoloigicznych.
Pojawia się działanie uspokajające. Jeśli roznosi Cię bestia - super. Jeśli przysypiasz - mniej super :P
Działanie stricte na hormony i ich wydzielanie jest niewielkie. Koniczyna trochę podniesie estrogeny ale wiele składników codziennej diety to potrafi, z drugiej strony wiele z nas ma za dużo estrogenów, więc czy na pewno chcemy je podnosić nawet odrobinę?
Główne działanie regulujące polega na usprawnieniu obsługi hormonów, ich przygotowanie do formy aktywnej i sprawna dezaktywacja i usunięcie, kiedy spełnią swoją rolę.
Nie znalazłam informacji na temat interakcji z lekami.
Preparat wydaje się bardziej wszechstronny i bezpieczny niż chińskie kulki, ale ze względu na dawkę ziół (garść tabletek vs napar) będzie działał słabiej i dłużej trzeba będzie czekać na efekty. Może też nie zadziałać wcale, jeśli problem leży w innym miejscu.
Kosztuje około 5zł za opakowanie, które może wystarczyć na miesięczną kurację.
Ten blog powstał (100 lat temu co prawda) - jako mój notatnik. Kiedy treści, które zebrałam przestały się mieścić na przysłowiowych żółtych karteczkach.
Dzisiaj też wykorzystuję bloga w tej formie.
Już od kilku lat przenoszę się powoli na "zieloną stronę" - zauważyłam, że nieźle reaguję na ziołowe preparaty, stopniowo wzrasta też wiedza na temat fitoterapii wśród lekarzy, farmaceutów i dietetyków klinicznych, więc jest się kogo poradzić, bo wszystko z głową. Zresztą pisałam to nawet o popularnym 10 lat temu micie, że wszystko co naturalne jest bezpieczne. Nie jest.
Nie jest to reklama produktu ani recenzja. Jest to zestawienie opisu działania poszczególnych składników mieszanki ziołowej Liuwei Dihuang Wan - polecanej na prawie wszystko z wyjątkiem śmierci, zwłaszcza zaburzenia hormonalne i przewlekłe choroby zapalne. Wg medycyny chińskiej zasila "yin" i wzmacnia Chi nerek. Proste!
Między ziołami często występuje synergizm, czyli sytuacja, kiedy 2+2=6. Nie mam takiej wiedzy i nie ma tu tego typu informacji.
Dodam na marginesie, że chińskie kulki, bo tak potocznie nazywa się ten preparat, bardzo pomógł mojej przyjaciółce a mi chyba zrobił kuku.
Działanie:
Poprawia funkcje poznawcze (neuroprzewodniki, zmniejsza stan zapalny układu nerwowego), przeciwdepresyjne
Przeciwbólowo, Przeciwzapalne w zapaleniu stawów i boreliozie
przeciwzapalne, działanie pożądane w chorobach z autoagresji
polecana w chorobie nowotworowej, chorobach autoimmunologicznych w tym Graves i przy autyzmie
Obniża poziom glukozy we krwi (nasilenie wytwarzania insuliny i obniża ilość glikogenu w wątrobie) i ciśnienie krwi
przeciwgrzybicze, przeciwwirusowe (HPV, HIV?)
rozluźnia mięśnie szkieletowe
silny antyoksydant
chroni wątrobę
chroni serce
pozytywnie wpływa na florę jelitową (wspiera lactobacillus, biffidobacter, przeciw Clostridium)
w Chinach stosowana przy zespole Sjogrena czyli wyczerpania nadnerczy (hehe to nie to samo :P)
nie dla planujących rodzinę
słabiej działa w nadczynnosci tarczycy http://zdrowiebeztajemnic.pl/rehmannia/
Działanie: przeciwzapalne, rozkurczowe, przeciwbólowe, przeciwreumatyczne, wykrztuśne, żółciopędne, regulujące wypróżnienia, antyseptyczne, rozszerzające naczynia krwionośne, poprawiające krążenie krwi, moczopędne, odtruwające, pobudzające trawienie i wchłanianie składników pokarmowych, napotne, przeciwgorączkowe, pobudzające regenerację tkanek. Pobudza podstawową przemianę materii. Pobudza wzrost gruczołu sutkowego (aktywuje rozrost pęcherzyków i komórek tłuszczowych piersi). Zwiększa wilgotność pochwy. Podnosi ciepłotę ciała. Może zwiększać stężenie progesteronu w ustroju.
Pochrzyn może działać przeciwmiażdżycowo oraz jako afrodyzjak. Pochrzynowi przypisywane są działania obserwowane po podaniu dehydroepiandrosteronu DHEA.
Uważany za bezpieczny, raczej nie wchodzi w interakcje z lekami.
PODSUMOWANIE (NA MOJĄ BABSKĄ LOGIKĘ)
Mamy to zestaw ziół, z których większość działa przeciwzapalnie (to dobrze :) ) i moczopędnie oraz obniża poziom cukru we krwi i ciśnienie (a to niekoniecznie dobrze). Działa przeciwbakteryjnie, przeciwgrzybiczo i przeciwalergicznie (mechanizm?).
Wspomaga regenerację układu pokarmowego, reguluje florę jelitową. Chroni wątrobę i serce oraz układ nerwowy (dobrze). Przenika barierę krew-mózg (niekoniecznie dobrze).
Wspomaga układ odpornościowy w sposób pożądany w chorobach autoimmunologicznych (a to rzadkie i pożądane).
Wpływa na poziom hormonów - tarczycowych, babskich i insuliny - co wcale nie musi być korzystne dla Ciebie, bo po co podnosić już wysoki progesteron i obniżać za niski cukier.
Może wchodzić w interakcje z lekami i innymi preparatami ziołowymi (jak np nasz piękny dziurawiec).
Jest to preparat mocny.
***
Koniec notatki na dziś.
Mam nadzieję, że to nie ostatni wpis tego typu, bo wsiąkłam w zioła solidnie. Piękna sprawa :)
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
Dzięki cudownemu sąsiadowi już działa blogowa szukajka :) Można sprawdzić!
Dawno nie pisałam o kosmetykach, co nie znaczy, że ich nie robię. Obecnie w tym temacie pochłonęło mnie mydlenie. Tylko w tej chwili strzykło mnie w plecach i nie wystoję przy blenderze, pozostaje mi pisać na ten temat. I mogę planować :D
Z mydłami (od strony użytkowej) wiąże się sporo mitów, są przeciwnicy i zwolennicy. Do mnie najbardziej przemawia to, że mydła to zupełnie inny dział chemii i dają nowe możliwości.
Teraz na tapecie mydła potasowe. Mydło potasowe rzepakowe jest popularne w kręgach mydlarskich jako mydło do sprzątania :) Co nie znaczy, że do skóry się nie nadaje, po prostu jest tanie. Ale jest wdzięczne jako baza - można do niego dodać olej pielęgnacyjny, olejki eteryczne, drobinki, można mieszać z innymi mydłami potasowymi by otrzymać inne właściwości. Można zrobić mydło w płynie na naparach ziołowych i hydrolatach. Cudowna sprawa z mydłami (robionymi na ciepło) polega na tym, że mogę osobno zaprojektować siłę mycia i osobno działanie pielęgnacyjne :D
W kolejce czeka olej kokosowy na bardzo mocno myjące mydło i olej lniany na mydło lecznicze, na które czekają moim więksi i mniejsi mężczyźni ;)
Mydło rzepakowe to jedno z delikatniejszych. Zaplanowałam je na 2% przetłuszczenia (czyli mydło "bez właściwości pielęgnacyjnych" ale z marginesem bezpieczeństwa wykonania). Mydło rzepakowe ma podobne właściwości do oliwkowego, np popularnego czarnego mydła savon noire.
Według popularnego kalkulatora mydlanego soapcalc ma siłę mycia 0, ale wszyscy mydlarze wiedzą, że to jeszcze o niczym nie świadczy, mydła oliwkowe też mają poziom 0 a to najlepsze mydła dla wrażliwców, a SN nawet niekoniecznie ;)
Mydło rzepakowe jest szalenie delikatne, ale zdecydowanie pieni się i myje.
W roli szamponu - zależy mi mocno na zmiękczaniu naskórka i łagodności dla skóry, co potasiaki zapewniają. W następnej kolejności postaram się o działanie odkażające na wieczny łupież. Nie wiem jeszcze, jak pogodzę łagodność dla skóry z mocnym myciem, którego wymagają moje niskoporowate włosy. Na koniec nadam mieszance postać płynu, łatwiej będzie rozprowadzić taki na włosach :D Pojawił się też problem osadu z mydła w bardzo twardej wodzie, ale nie takie rzeczy Wiedźma pokonała ;)
Do brzegu!
Jeśli ktoś z Was myje włosy mydłami, to skorzystam z porad, jak robić to sprawniej.
Wtarłam pastę mydlaną w zmoczony skalp, spieniłam, bardzo dokładnie wypłukałam, pamiętałam o kwaśnej płukance (na kwasku cytrynowym, chyba przesadziłam i była za mocna).
Efekt - włosy umyte, skalp odświeżony i czysty (i bez łupieżu!!!), pewna sztywność która przypomina mi skutki zabawy z glinkami, czyli pewnie osad mydlany z twardej wody, włosy początkowo szorstkie, co częściowo przeszło po nocy (czyli pewnie domknęła się łuska włosa). Obyło się bez odżywki i silikonów.
Po myciu "zwykłym szamponem" są z powrotem domyte ale i szorstkie, przy myciu trochę wypadło i wrócił łupież.
Na koniec ciocia Wiedźma przypomina, że zabawy z pH mogą zaszkodzić wrażliwej skórze i delikatnym włosom.
Tymczasem życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku! :D
Już grudzień, a ja wspominam listopad :D Właśnie mija miesiąc od mojego powrotu z wakacji na Malcie.
Kierunek podróży wybraliśmy niemalże na oślep - byleby było ciepło i kolorowo, bo w tym roku ominęło nas lato (w UK to co najwyżej majździernik), na południe ale w cywilizacji itd. Cel wyjazdu - ani plażing, ani intensywny zwiedzing, ale głównie wystawić blade twarze do słońca i wygrzać kości przed polską zimą.
Co mi się najbardziej podobało na Malcie? Słońce, piękne widoki (wybrzeże! Gozo!), przyjemne temperatury (20-30C w dzień i ciepłe noce) i lody dla alergików ;)
Co mi się najmniej podobało? Strasznie tam brytyjsko, właśnie stamtąd wróciłam i na razie mi wystarczy ;) I ubolewam nad słabym dostępem do świeżego sezonowego jedzenia.
Co mnie najbardziej zaskoczyło? Konie w środku miasta :D Wybieg dla konika, stajnie, kowal.
OKOLICZNOŚCI PRZYRODY - POGODA
Na Maltę polecieliśmy prosto z UK - z wilgotnego, szarego piździernika prosto w koniec lata - pogoda archiwalna KLIK. Podobno było 19-21C - prognoza kłamie, zazwyczaj było cieplej, chyba że słońce schowało się za chmury. Dobrze ubierać się na cebulkę, bo dwa razy wracaliśmy do domu się przebrać.
Udało się wykąpać w morzu!
Tylko dwa razy kropiło a zachmurzenie było tylko przelotne.
Golden Bay, jedna z nielicznych piaszczystych plaż
Listopad było czuć jedynie w długości dnia - około 16 robiło się chłodniej, a o 17 zachodziło słońce. Wieczory były ciepłe, dobre na spacery. Niestety muzea nie są zbyt długo czynne.
Malta - po prawej zielony półwysep to Valletta, na środku Msida i Gzira
Dalej mam mętlik w głowie, gdy patrzę na mapę Malty. Kraj jest wielkości większego polskiego miasta (wiki podaje Szczecin), miasta-dzielnice są niewielkie i ściśnięte koło siebie na północy wyspy, południe jest opustoszałe a na Gozo skupiska wokół Victorii i rzadziej zamieszkałe tereny rolnicze.
Gozo, Żebbuġ - najbardziej zielona i spokojna część Malty
Architektura łączy chyba wszystkie style znad Morza Śródziemnego - włoski, grecki, bałkański i oczywiście angielski; poza tym kontrasty na każdym kroku - stare z nowym, bogate z ubogim.
Malta jest placem budowy. Na każdym kroku rusztowania, dziura w ziemi i zapach świeżego tynku.
Valletta
Valletta
Gzira, brama do nikąd :)
Gozo, San Lawrenz
Gozo, Mġarr, mój ulubiony przykład chaosu architektonicznego - neogotycki kościół z piaskowca i obok palmy :)
LOKUM
Mieszkaliśmy w okolicy Msida / Gzira, skąd do stolicy Valletty było około 30 minut spacerem.
Mieszkanie znalazłam przez Airbnb (jeśli teraz założysz konto z mojego linku polecającego - dostaniesz aż 100zł zniżki na pierwszą podróż!).
IMO lokalizacja bardzo dobra - tanio, cicho, blisko sklepy z normalnym jedzeniem i o rzut beretem do przystanków autobusowych, z których można dojechać wszędzie (albo na dworzec główny Valletta, z którego można dojechać wszędzie).
Samo mieszkanie i gospodarza też polecam KLIK - ocena mocne 4/5, dobrze wyposażona kuchnia, czysto, cicho, gospodarz nieobecny ale pomocny. Dodatkowo trafił nam się przesympatyczny drugi lokator z Włoch. To od niego wiemy, jakie zjawiska są typowe dla tej części świata. a jakie Malta musiała nabyć od okupantów.
"POŁUDNIE ANGLII"
Po prostu widać, że Anglia tu była ;]
Brytyjskie gniazdka elektryczne, ruch lewostronny, podobnie działające autobusy, wszechobecny język angielski, asortyment w sklepach, dziwne rozwiązania wentylacyjne w mieszkaniach i problem z wilgotnością. Na ulicach sporo samochodów zapewne pochodzi z UK. Na polach murki z kamienia (podobne do angielskich, podobno nie występują w Italii), nawet ukształtowanie terenu - prawie jak w Yorkshire!
Jestem (prawie?) pewna, że prawdziwą, nieturystyczną Maltę można znaleźć trochę dalej od głównych ulic, ale nie starczyło czasu, by tam dotrzeć. Moją potrzebę egzotyki musiał zaspokoić język maltański -niepodobny do żadnego, który słyszałam, trudny do przeczytania, ostry i dźwięczny.
Żywiliśmy się w domu. Oferta w sklepach, które mijaliśmy, nie sprzyja nietolerancyjnym, głównie dania gotowe, nawet jeśli bez glutenu to mocno mleczne i wzdymające (fasolandia).
Zestawy typu ryż z passatą i tuńczykiem albo marchewką z mrożonki królowały na stole, a w trasę wafle ryżowe, banany i masło orzechowe.
Banany sprzedają zielone i cierpkie.
W restauracjach smaki z całego świata. Włoskie, greckie, meksykańskie. Przykładowe menu jakbym miała ochotę np na brytyjskie śniadanie.
Najbliżej kuchni lokalnej byłam wtedy (wybierając fasolę jak Kopciuszek):
Jeśli chodzi o tradycyjne smaki Malty - internety polecają dania z królikiem, owoce morza i zupy. Oraz wytrawne odpowiedniki drożdżówek typu pastizzi (których jako tolerancyjny próbował K i poleca). Podobno istnieją bezglutenowe mrożone pastizzi ale nie natrafiłam :(
Podobno jednak Malta jest przyjazna nietolerancyjnym - teraz dopiero google objawiło mi wiedzę tajemną o sklepach z żywnością specjalistyczną, restauracjach dla celiaków itd.
W sklepach sieci Convinience Shop nie było produktów specjalistycznych, w Lidlu tylko mała półka i bez pieczywa (tak w ogóle w Lidlu jest raczej drogo).
I znowu smutek - okazało się, że nie ma bazarków ze świeżym jedzeniem (zupełnie jak w UK :P), sklepów typu zieleniak, dziadków sprzedających to co uzbierali w ogródku. Jedyny farmer's market odbywa się raz w tygodniu w niedzielę - o czym dowiedzieliśmy się po fakcie.
Ale nadrobiłam przynajmniej lody :) SottoZero dogadza alergikom wszelkim.
Dalej nie mogę zdecydować, czy Nocciola czy sorbet z gorzkiej czekolady ;)
Ceny jedzenia były bardzo różne, zależnie od sklepu i odległości od atrakcji turystycznych ;) Za 5E można kupić zarówno składniki na konkretny obiad jak i 2 kawy. Butelka wody może kosztować 0,25E (Lidl) do nawet 2E (Valletta, kiosk przy Azure Window).
DO SEDNA - ZWIEDZANIE!
Co krok jest jakieś muzeum albo wystawa, w zdecydowanej większości płatne (zazwyczaj 5-10€), dla fanów tej rozrywki istnieją karnety (50E na Maltę i 13E na Gozo - KLIK). Karnet na Maltę obejmuje wstęp do Aquarium (delfinki!).
Odpuściliśmy sobie, zwalniając tempo i chłonąc klimat (i słońce).
Wygląda znajomo? Tu było Azure Window, runęło do morza w marcu 2017
Sliema, "Plaże" - głównie skaliste, wylizane przez fale
Nie jestem fanką muzeów. Nie robi na mnie wrażenia bogactwo i przepych. Bardziej cieszą albo prastare zabytki, takie z początków cywilizacji, albo piękne krajobrazy (albo przełomowe osiągnięcia techniki). Na szczęście na Malcie jest to i to.
Jeśli chodzi o stare świątynie - kompleks Mnajdra i Ħaġar Qim to miejsce w moim typie - 3600 pne :) Jest więcej takich świątyń - Tarxien, Ġgantija na Gozo.
Miejsca te przeżywają oblężenie w dni równonocy i przesilenia - świątynie były też kalendarzami solarnymi i lunarnymi i światło nadal sprawia cuda wśród starych kamieni.
Kompleks Mnajdra przykryto namiotem ze względu na żywotność kamienia, więc turyści nie mogą ustrzelić odpowiednio pięknego selfie z ruinami w tle, tu musimy się zadowolić internetem ;)
Gdybym miała więcej czasu na zwiedzanie - poszukałabym jednego ale większego muzeum, muzeum archeologicznego, muzeum historii naturalnej itp. Spodziewam się licznych ciekawostek przyrodniczych :)
Zwiedziliśmy Maltę i Gozo przemieszczając się autobusami "miejskimi". Ogólnie środek transportu tani i dobry, autobusy jeżdżą często i w opcji low-budget wystarczy przy odrobinie planowania. Nie zawsze są połączenia między punktami turystycznymi na wybrzeżu i trzeba wracać do centrum wyspy na przesiadkę.
Dla tych, co chcą zwiedzić więcej i wygodniej są prywatne autobusy hop-on-hop-off ale kosztują 20E za dzień (bilet tygodniowy 21E).
Sprawdzaj połączenia np z Google Maps - tę samą trasę możesz pokonać w 30 minut albo ponad 1,5h zależnie od linii :D
Autobusy miejskie nie zawsze trzymają się rozkładu - zdarzyło nam się czekać na pustkowiu bo nie przyjechał. Za to z pięknym widokiem ;)
Na Gozo można się dostać promem - cena niecałe 5E, płatne w kasach na Gozo.
CO NAS NAJBARDZIEJ ZASKOCZYŁO
Nie poczułam Afryki :( Miałam nadzieję na egzotykę, wyobrażałam sobie kolorowe i pachnące Maroko. Niet.
Mimo bliskości Sycylii - nie poczułam też Włoch.
Nie ma kantorów! U nas na każdym rogu ulicy - tam udało nam się znaleźć jeden (Valletta). To nie koniec świata, bo w wielu miejscach można płacić kartą, tzn w sklepach i muzeach, bo łódeczki już niet - ale niespodzianka była ;)
KA$A
Wyjazd z założenia był niskobudżetowy i ten plan też się udało zrealizować - wyszło około 2500zł za dwoje za 6 dni (czyli 5 noclegów i właściwie 4 dni zwiedzania).
Bilety na samolot Manchester - Malta - Kraków - ok. 620zł / 1 os.
Nocleg - ok. 620zł / 5 nocy
Na miejscu wydaliśmy 160E, w tym komunikacja (autobus 2x21E i prom 2x5E), wejściówki do świątyni Mnajdra (2x10E), łódki w Azure Window (2x4E) reszta to jedzenie, kawa i LODY <3
Koszt można byłoby jeszcze obniżyć organizując wyjazd na więcej osób, wykupić bilety i nocleg z nieco większym wyprzedzeniem.
Zostając kilka dni dłużej zapewne nie wydalibyśmy wiele więcej na jedzenie, a jeszcze zostało sporo pięknych miejsc do obejrzenia i sporo słońca do wchłonięcia - pewnie skusilibyśmy się na rejs na Comino i odwiedzilibyśmy więcej świątyń, może na Aquarium.
RADY ZŁOTE i POZŁACANE
Koniecznie leć na dłużej! 6 a w rzeczywistości 4 dni to za mało i nawet zwiedzając w pośpiechu nie zobaczysz dość.
Zajmij się rezerwacjami wcześniej, 2-3 miesiące przed wyjazdem. Sprawdź lokalizację pod względem dojazdu na lotnisko (Gzira jest OK).
Weź dość Euro albo miej środki na karcie - ciężko o kantor, są czynne tylko w tygodniu i są w nich kolejki, bo zajmują się też np sprawami uchodźców.
Zrób wywiad wcześniej. Nie wszystkie atrakcje są dobrze zareklamowane na miejscu, łatwo przegapić perełki. Ceny atrakcji mogą się bardzo różnić przy tym samym poziomie. I nie wszystko jest codziennie - jak ten baza farmerski!
Spakuj krem z filtrem - poza sezonem nieosiągalny!
Pamiętaj o nakryciu głowy. Listopad czy nie - słońce grzeje mocno!
Na Gozo wybierz się w tygodniu - autobusy jeżdżą częściej i nie utkniesz na końcu świata. Wyrusz rano.
Kawa na przystani promowej w Cirkewwa jest paskudna!
~ ~ ~
Aniamaluje opisała wycieczkę na Maltę w zeszłym roku KLIK, zajrzałam do jej wpisu przed kupieniem biletów ale i tak popełniłam ten sam błąd i też się nie przygotowałam :P
Jeśli macie pytania odnośnie wyjazdu - postaram się odpowiedzieć w komentarzach.