Wiedzma bloguje (Czarownicująca)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Niedziela dla włosów #18 - git majonez :)


Witajcie :)
Nie, wzrok Was nie myli - w niedzielnym zestawie znalazł się majonez :)

Majonez to dość popularny spośród "kuchennych" sposób pielęgnacji włosów - i jednocześnie budzący najwięcej kontrowersji. Majonez zawiera wszystko to, co powinno być w masce do włosów: olej, emulgatory, trochę protein wielkocząsteczkowych (docenione zwłaszcza przez zakręcone), zakwaszający ocet... oraz sól, cukier i konserwanty, które nie są już takie niezbędne :P
Majonez najlepiej nakładać na włosy przed myciem (chyba, że są bardzo brudne - to po myciu wstępnym), można na włosy i suche i wilgotne - efekt będzie inny, ale który lepszy - to się okaże.


Menu:
  • majonez na suche włosy i skalp na kilka minut
  • Kallos Color jako wstępna emulgacja dla majonezu
  • Barwa, Szampon Lniany - prosty szampon z SLS
  • Ziaja, Maska z olejem rycynowym + olejek copaiba pod folię i ręcznik na ok. 20 minut


Na oddzielne zdjęcie zasługuje balsam copaiba - mój nowy olejek eteryczny (właściwie oleożywica), który ma działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze (czyli np na łupież) ale nadaje się do skóry wrażliwej i podrażnionej. Więcej o olejku przeczytacie na stronie sklepu KLIK. Po pierwszym użyciu nie zrobił mi krzywdy ani nie przesuszył włosów, ale za wcześnie, żeby się o nim wypowiadać. Ot, taka ciekawostka :)




Efekty - zaskakująco pozytywne :) Włosy proste, ale gładkie, sypkie, błyszczące i mięsiste. Skalp ma się lepiej niż ostatnio, nawet udało mi się związać włosy na kilka godzin bez uczucia pieczenia :)

chyba pierwszy raz na łamach tego bloga zdjęcie, które oddaje mój kolor włosów :)

Nie jestem pewna, co dało ten efekt, bo w niecierpliwości swojej zastosowałam kilka nowinek naraz: po raz pierwszy majonez, po raz pierwszy olejek i po raz pierwszy maskę Ziajową pod folię.

Warunki pogodowe okazały się korzystne mimo deszczyku: PR=5, W=80% [źródło, wpis o wpływie pogody na włosy].


A jak Wasze włosy się mają obecnie?
Jakie jedzenie kładłyście ostatnio na włosy? :)


*Uwaga! Nie umiem powiedzieć, czy pokazany majonez spełnia wymogi diety bezglutenowej. Ja jadam Kielecki, który był przebadany pod tym kątem.


Będzie mi miło, jeśli mnie polubisz...
A nawet pokochasz...
Pokochaj z Bloglovin

niedziela, 14 grudnia 2014

Niedziela dla włosów #17


Witajcie :)
Blog nieco ożył - jeśli zaglądacie na fejsa, wiecie, że odkurzam niektóre stare wpisy. Takie przedświąteczne porządki :)

Tymczasem jest niedziela, czyli dzień dogadzania włosom (lub też dzień chwalenia się wczorajszymi eksperymentami).

Oto wczorajsze włosowe menu:
  • kompres - maseczka: Balsam Eco-Hysteria Odżywienie + spirulina
  • łagodne mycie - szampon Alverde regenerujący
  • wygładzanie - serum Green Pharmacy
Balsam Ecohysteria wszedł w moje posiadanie w wyniku bardzo owocnej wymianki kosmetycznej z Mariolką. Jak na kosmetyk rosyjski ma "ubogi" skład - w przyjemnej bazie odżywkowej pływa trochę olejów. Nie ma morza ekstraktów ani protein. Jeszcze nie mam wyrobionego zdania o tym produkcie.
Spirulina to odpowiednik kuracji proteinowej, który moje włosy najlepiej tolerują - więcej na ten temat pisałam tutaj KLIK. Pozostawia moje włosy sprężyste i z lepiej zdefiniowanym skrętem.
Szampon Alverde wygrałam dawno temu w konkursie u Kosodrzewiny. Jest ciekawym, łagodnym myjadłem. Szkoda, że nie zawsze sobie radzi z oczyszczeniem mojej skóry z nadmiaru niechcianych lokatorów.
Spa działo się z udziałem bardzo miękkiej wody. Maseczkę ze spiruliną nałożyłam na suche włosy na kilka minut, następnie zmyłam łagodnym szamponem Alverde.
Zapewnie nie było to najbardziej efektywne wykorzystanie możliwości maski, ale ze względu na ciągnące się przeziębienie - wysiadywanie z mokrą głową to nie jest najlepszy pomysł. Więc dobre i to.

Efekt? Skręt jest trochę bardziej jędrny. Włosy wymagały wygładzenia serum silikonowym.

Na zdjęciu włosy już po czapce, loków brak, ale falowatość ma się całkiem nieźle :)
Btw rzadko mam okazję wykorzystać kogoś w roli fotografa, więc chwalę się włosiem całościowo. Urosły trochę, więcej niż się wydaje, bo końcówki jak zwykle chowają się gdzieś pod spód :)


Oby stwierdzenie nie padło nie w porę - chyba zima im służy :) Niska wilgotność nareszcie pozwala mi używa humektantów (uwaga! jestem raczej wyjątkiem w tej kwestii!), nie ma wiecznego puchu - a jeszcze nie zaczęło się elektryzowanie i głęboko-zimowy przesusz. Tylko skrętu szkoda.


A jak Wam mija włosowa niedziela?


Będzie mi miło, jeśli mnie polubisz...
A nawet pokochasz...
Pokochaj z Bloglovin

czwartek, 11 grudnia 2014

Kosmetyki organiczne BiO2You

 


Witam!
Dzisiaj zapraszam Was na niezwykłą recenzję tria wyjątkowych produktów. Mowa o kosmetykach organicznych Bio2You.

Kosmetyki tej marki to dziecko łotewskiej firmy, zrodzone z miłości do rokitnika. Olej rokitnikowy ma wyjątkowe działanie - można pisać o nim peany, również i ja mam takowe na sumieniu (KLIK i KLIK), nie ma co się dziwić, że zyskuje coraz większą popularność :)
Produkty BiO2You składają się prawie wyłącznie z produktów roślinnych z kontrolowanych upraw. Oznaczone są certyfikatem ICEA.

Co je wyróżnia? Hm... cena. Kosmetyki są niewątpliwie pokazane jako luksusowe.
Jeśli zaglądacie tu dłużej, to wiecie, że Wiedźma ma raczej studencką kieszeń (choć studentką już dawno nie jest) i nie zostawia majątku w sklepach jeśli nie musi. I przede wszystkim uważa, że cena kosmetyków (i wszystkiego innego) nie musi być - i często nie jest - proporcjonalna do jakości.

Poniższy wpis nie jest bezpośrednim owocem współpracy, ale też nie kupiłam tych produktów sama - uratowałam je przed wyrzuceniem, gdyż właśnie mijał ich termin ważności i miały wylądować w koszu.
Kosmetyków używałam jednocześnie, rzadko korzystając z innych. Działanie zaobserwowane na skórze jest więc wypadkową wszystkich tych produktów. Nie wiem, jak działałyby każdy z osobna.

Opakowania i wygląd
Kosmetyki zapakowane są w tekturowe pudelka i dodatkowo folię, więc mamy gwarancję, że nikt nie dotykał naszego nabytku. Na folii znajduje się opis produktu w języku polskim.
Opakowania kosmetyków są estetyczne i dopracowane, a grafika miła dla oka. Etykietka zawiera dokładny opis składników, pochodzenie wielu z nich i przyjazny opis zastosowania, który nie odstraszy osób nieobytych z kosmetykami tak bardzo naturalnymi.
Buteleczki wykonane są z grubego, matowego szkła. Dozowanie ułatwiają zakrętki różnego typu, moim zdaniem niekoniecznie dobrze dobrane do konsystencji produktu.  Opakowania jako całość są bardzo estetyczne i świetnej jakości, z radością wykorzystam je ponownie :)

Opisy produktów
Tu chciałam zwrócić uwagę na ciekawe działanie marketingowe: opisy produktów są tak sformułowane, że nie składają obietnic bez pokrycia, ale efektów nie można zmierzyć :) Na przykład serum jest antydepresyjne, maseczka rozświetlająca a serum witaminowe opóźnia efekty starzenia.
To nie są złe obietnice, nie powiem. Ot, ciekawy zabieg :)

Składy
Zgodnie z obietnicą producenta składy są przepiękne :) Sałatka owocowa, oleje, glinki. Konserwantami są witaminy i olejki eteryczne - a mimo to ja-alergik nie bałam się ich użyć.
Składników nie-roślinnych jest tu niewiele i zgodzę się, że są tu niezbędne.

Przy takim bogactwie ekstraktów produkty mają dość duży potencjał alergizujący i wrażliwcy powinni wykonać testy skórne przed użyciem tych kosmetyków.

(zdjęcie można powiększyć)
A co sądzę o samych produktach?

ORGANICZNE SERUM OMEGA 3-6, Antydepresant skóry
Opis: Organiczne serum do twarzy, działające antystresowo na skórę.
Poprawia wygląd skóry, jej nawilżenie, gładkość oraz wyrównuje koloryt. Zawiera liczne oleje w składzie: z róży piżmowej, awokado, ogórecznika, orzechów makadamia, rokitnika, a także oliwę z oliwek i witaminę E i A.


Olejek otrzymujemy w buteleczce z kroplomierzem. Olejek jest klarowny, ma lekko żółtawy kolor i neutralny zapach. Dobrze rozprowadza się na skórze, stosunkowo szybko wchłania i pozostawia lekki film ochronny, który mi odpowiada ale nie każdemu musi. Bardzo dobrze sprawował się jesienią, dopóki na dobre nie rozpoczął się sezon grzewczy.
Nie powoduje u mnie zaskórników ani krost i nie ma wpływu na istniejące. Nie zauważyłam wyraźnej zmiany jakości skóry,  a używałam olejku kilka razy dziennie i codziennie.
Olejek zapunktował bardzo przyjemną konsystencją i szaloną wydajnością - jedna porcja wystarczyła na twarz i dekolt, a całe opakowanie na ponad miesiąc kuracji, jak już wspomniałam po kilka razy dziennie. Opakowanie zaprojektowane jest świetnie, olejek udało się wybrać pipetką prawie do ostatniej kropli!

Cena: ok. 100zł/15ml

ORGANICZNE SERUM PRZECIWZMARSZCZKOWE DO TWARZY

Opis: Ta cenna receptura naturalnego serum jest szczególnie skuteczna przeciw starzeniu się skóry. Zawiera mieszankę specjalnych ziół oraz witamin B i C, które zwalczają problemy przedwczesnego starzenia się skóry i powstawania zmarszczek podskórnych, zanim stanie się to widoczne. Serum odmładza skórę, poprawiając jej zdolność do długiego utrzymania właściwego poziomu nawilżenia. Intensywnie też zmiękcza skórę i wspomaga wytwarzanie kolagenu. Dzięki swojemu działaniu hamującemu pigmentację oraz rozkładającemu melaninę, zmniejsza ciemne zabarwienie i może być używane do rozjaśniania przebarwień na skórze. Serum poprawia odbudowę tkanki podskórnej, wspomaga mikrokrążenie i regenerację skóry. Zawiera bogaty zestaw składników roślinnych: aloes, kozieradkę, chmiel zwyczajny, Pantenol (prowitaminę B5), fosforan sodowy kwasu askorbinowego (pochodną witaminy C) oraz cenny olej z rokitnika.
 
Serum to złoty, lekki płyn o zapachu multiwitaminy. Nie jest lepki ani tłusty. W moim odczuciu... nie zauważyłam szczególnego działania tej bomby witaminowej. Z codziennych, zwykłych funkcji serum też się nie wywiązało -  za słabo nawilża, zdecydowanie lepiej sprawuje się w mieszance z hydrolatem nawilżającym (np różanym), kwasem hialuronowym - czyli dodatkami, które same w sobie rewelacyjnie nawilżają. Z drugiej strony - zauważyłam, że zmiany skórne, wymienione w opisie - w moim przypadku są kosmetykoodporne i bez względu na to, co nakładam na twarz oczy będą tak samo spuchnięte a pryszcze tak samo nie będą chciały znikać ;]
Nie urzekło mnie tez opakowanie - bardzo szybko przelałam płyn do buteleczki z atomizerem i używałam jako mgiełki pod olej. Oryginalnie dołączony dozownik z pompką sprawia, że serum rozpryskuje się bez kontroli i wydaje mi się, że byłoby lepsze do kremu albo olejku.

Cena: ok. 85zł/15ml

ORGANICZNA MASECZKA ROZŚWIETLAJĄCA DO TWARZY
Opis: Ta wyjątkowa maseczka organiczna intensywnie nawilża, rozjaśnia skórę, rozświetla ją i wygładza. Pozostawia cerę oczyszczoną z martwych komórek naskórka. Skóra jest głęboko i długotrwale nawilżona, i uzyskuje świeży, promienny wygląd.
 
Maska glinkowa to gotowy produkt do stosowania na skórę.  Ma przyjemną konsystencję, wygodnie się ją nakłada i łatwo zmywa. Skóra po użyciu jest gładka, nawilżona i napięta.
Można nie liczyć czasu - jeśli nawet zaschnie to nie poczyni szkód. Ba - ostatecznie można maski nawet nie zmywać, bo nałożona cienką warstwą zachowuje się jak krem.
Maseczka lekko napina skórę i nawadnia ją - nie ma tu typowego dla glinek wysuszania. W łagodny sposób oczyszcza i przygotowuje skórę na głębsze oczyszczanie, np ręczne usuwanie zaskórników.

Tu opakowanie jest idealnie dobrane do konsystencji kosmetyku - pompka, która odpowiednio dozuje maskę o konsystencji jogurtu. Zamknięcie jest szczelne i higieniczne - więc w środku nic nie wysycha ani nie rozwija się niepożądane życie ;]
Na plus przemawia jeszcze szalona wydajność maseczki - na całą twarz i dekolt wystarczy kilka pompnięć.
Nie wiem, czy efekty i przyjemność korzystania są proporcjonalne do ceny produktu, ale dzięki tej maseczce przychylniej spojrzałam na gotowe maseczki. Co prawda umiem zrobić dobre i skutecznie,  ale rzadko po nie sięgam, z lenistwa - a po tę sięgam z ochotą :)

Cena: ok. 110zł/50ml

Podsumowanie w punktach
Zalety drogich produktów:
  • piękne, solidne opakowania
  • przyjemna konsystencja i wygodna aplikacja
  • miłe zapachy
  • wygoda użytkowania (np produkty nie musiały mieszkać w lodówce)
Zalety tanich produktów:
  • cena

Cieszę się, że miałam okazje wypróbować coś nowego i tak innego. Będę wspominać komfort użytkowania i piękne opakowania, ale nie wiem, czy kiedykolwiek zdecyduję się na zakup tak drogich produktów, zwłaszcza, że znam tańsze odpowiedniki (a dla serum witaminowego - również bardziej skuteczne). Mam już jedno drogie hobby (dieta) i chwilowo nie mam miejsca na inne ;]



Czy Wam zdarza się sięgać po luksusowe kosmetyki?  
Co o nich sądzicie - warto?  Co możecie polecić? 



Wpis powstał na kalkulatorze, mogą więc występować w nim błędy, za które gorąco przepraszam :)
"Profesjonalne" zdjęcia pochodzą ze strony dystrybutora
Skrócone opisy produktów zaznaczone kursywą pochodzą z KWC



Będzie mi miło, jeśli mnie polubisz...
A nawet pokochasz...
Pokochaj z Bloglovin

niedziela, 7 grudnia 2014

Niedziela dla włosów #16



Witajcie w grudniu :)

Spieszę do Was z najnowszą NDW.
Ostatnio często tak się układa, że nie mam czasu na włosowe SPA. Do tego dochodzi brak motywacji, znany pewnie wielu falowanym - w zimie nie chce się walczyć o ładny kształt fryzury i fale, bo wszystkie zabiegi i tak niweczy 1) mycie na noc 2) czapka. Dlatego od kiedy pogoda wymusza noszenie nakrycia głowy - nawet nie myślę o wydobywaniu skrętu a wręcz mu przeszkadzam, tzn staram się, żeby włosy były możliwie proste. O ile mają taką chęć. Przez kilka tygodni nawet się zgadzały, ale ostatnio, od kiedy temperatury spadły poniżej zera - jaśniepaństwo pragnie się kręcić! :)

A wracając do dzisiejszego dnia.
Menu:
M: szampon Barwa z Lnem i witaminami
O: maska Omia z olejem arganowym (odlewka od Eternity ;* ) pod kompresem - turbanem Pilomax (kilka słów na jego temat KLIK)


Szampon Barwy to mój sprawdzony rypacz. Maska Omia to bardzo miłe zaskoczenie - jest gęsta, kremowa, bardzo wydajna, otula włosy, od razu rozplątuje kołtuny i wygładza, nawilża skalp - a do tego świetnie się spłukuje i dociąża ale nie oblepia.

Efekt:
włosy przy spłukiwaniu bardzo miękkie i gładkie :D Po wyschnięciu trochę szorstkie końce ale znowu zapomniałam o serum. Skręt dziarski, niezdefiniowany. Tzn pokręcone, błyszczące ale szopa.

Wniosek ogólny: winter is comming, wilgotność wysoka, temperatura punktu rosy spada (troszkę więcej o temacie pogody KLIK), włosom trzeba jeszcze więcej emolientów, najlepiej otulających (w przeciwieństwie do pożądanych w lecie wnikających).


Tu proszę wybaczyć mistrzowi fotografii. Próbuję opanować nowy sprzęt. Przy braku światła i fotografa efekty wyglądają jak widać.

Czy Wasze włosy poczuły już zimę? Czym różni się zimowa pielęgnacja od jesiennej?

Btw czy krótkowłose włosomaniaczki zechcą podzielić się swoim sposobem na udane włosowe selfie? 


Będzie mi miło, jeśli mnie polubisz...
A nawet pokochasz...
Pokochaj z Bloglovin

piątek, 28 listopada 2014

Offtopowo. O bezgluteniu i gdzie byłam jak mnie nie było :)

Witajcie :)
Ten wpis miał powstać już ho-ho temu, ale czekałam - na pointę, czekałam... i czekam dalej. I broda mi urośnie zanim się doczekam więc może warto byłoby w końcu napisać?

Popałętałam się trochę po lekarzach i szpitalach z bólem brzuszka itp. Czasem Wam posmutam na ten temat, nie muszę się powtarzać.
Dalej nie wiemy, w czym tkwi problem, ale wiemy, że lekarz wydał dobre zalecenie poniekąd w ciemno - dieta faktycznie bezglutenowa. Do tej pory przymykałam oko na potencjalne śladowe ilości w produktach i nie czułam się źle po konkretnych produktach ale ogólnie było coraz gorzej. Teraz, od miesiąca z małym hakiem - unikam produktów nawet z potencjalnie śladowymi ilościami i... jest zacnie! Moje menu się poszerza! Jest lepiej, mogę jeść więcej bez problemów, z wyjątkiem problemu z kupowaniem :P Do tego odzyskuję siły (a było marnie) i kilogramy (choć powoli; jak masz skończone 10 lat i spodnie w rozmiarze 32 są na Ciebie za duże to chyba coś jest nie tak :P).

Od miesiąca czytam składy wszystkiego, co mi wpadnie w ręce, przeglądam też celiakowe forum. Powoli okrzepłam i już zakupy nie są aż takim wyzwaniem ;)
Dzisiaj wszystko może mieć gluten, nawet sól i pieprz. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy papier toaletowy też jest od tym względem bezpieczny? Strach się bać...

Po lekturze (i jeszcze raz lekturze) nastąpiły porządki w domu. Nowego właściciela znalazło wiele produktów - przyprawy, budynie, kasze, kaszki, moje ulubione do niedawna mąki pozornie bezglutenowe (poczytajcie sobie raporty z badania: KLIK, KLIK - oto ile mogą wynosić "śladowe ilości" glutenu!).
Zwykłe kasze b/g i ryż mogę jeść po przejrzeniu ziaren i dokładnym opłukaniu.
Groźne są mąki i kasze b/g łamane bez cetryfikatu, bo nie można sprawdzić ich składu na oko - chyba że lubimy puzzle 3D.
Przejrzeć trzeba było również przyrządy do gotowania, np łopatki i łyżki drewniane, wysłużone deski do krojenia (w porach plastiku również może się chować prehistoryczna mąka).
W kuchni nastąpił podział stref na "bez" i "z" (tak właściwie to brat dostał kawałek blatu do krojenia bułek, wystarczy mu :P).

W mojej spiżarce zagościło sporo produktów z przekreślonym kłosem, bo tak jest najbezpieczniej.
Na szczęście mamy czasy, kiedy całkiem udane codzienne zakupy można zrobić nawet w Biedronce :)
Od wejścia witają wafle ryżowe - jedne z ich własnych właśnie się certyfikowały. Mijamy owoce i warzywa, z których wszystkie są dobre i bezpieczne ;) Mijamy proste i nieprzetworzone mięsko i rybki. Na konserwy rybne patrzymy z ukosa, straszą składem niestety. Śledzie również. Na wędlinkach poświęcamy chwilę produktom certyfikowanym marki Konspol oraz opisanym słownie kiełbaskom Henryk Kania.
Po drodze do kas czeka nas wróżenie z fusów... tzn ze składów. Jeśli produkt nie jest wyraźnie oznakowany jako bezglutenowy - analiza składu to trochę loteria, bo nie wiemy, czy nie ma wzmianki bo nie ma, czy też producent nie pofatygował się. Takie tam bezglutenowe dylematy. Podobno w cywilizacji na południu Europy bezglutenowcy mają całe działy w sklepach, gdzie mogą się obkupić od ciastek po dżem i kiszone ogóry bez konieczności analizy składu :)
Przy samej kasie uśmiecha się do nas makaron kukurydziany w cudownie normalnej cenie (4zł/500g, obecnie w promocji za 3,19zł -> http://biedronka.okazjum.pl/gazetka/gazetka-promocyjna-biedronka-27-11-2014,10270/2/ ).
Btw o makaronach Sam Mills już pisałam - KLIK. W smaku dobre, bardzo neutralne (tato dał się nabrać). Na drugi dzień tracą jędrność ale nadal da się zjeść :)

http://www.grocerysolutions.com.au/


Podobne zakupy da się zrobić w wielu większych sklepach spożywczych. Na szczęście Stowarzyszenie Bezglutów działa prężnie i firmy chętnie się certyfikują - a symbol łatwo rzuca się w oczy :)

Chleby, mąki i przyprawy to kwestia większej wyprawy...
Na przykład do Rossmanna :) Nie wiem jak u Was, ale w moim zadupiowym od niedawna jest wielka półka z jedzeniem, w tym i bezglutenowym! Są chlebki i ciastka, koncentrat mąki... i wafle ryżowe z czekoladą gorzką, mój substytut ciastek! :)
W przyprawy najlepiej zaopatrywać się w sklepach ze zdrową żywnością. Marek typowo bezglutenowych nie ma. Największym zaufaniem cieszy się marka Dary Natury. Bardziej specyficzne produkty bg również znajdziecie w specjalistycznych sklepach. Przed większymi zakupami warto zrobić rozeznanie, bo różnice w cenie są kolosalne. Ten sam dwupak chlebka potrafi kosztować Schaer od 10 do 20zł!
Jakkolwiek - chlebów jadam mało bo mi nie smakują. Mają składy dłuższe niż sporo moich kosmetyków. Są za lekkie, za słodkie i nie sycą (mnie przynajmniej), jak połączenie chleba tostowego i weki bez skórki. Do tego są za drogie żeby się zmuszać. Kusi mnie tylko Rossmannowy sezamowo-gryczany, też drogi jak szatan. Will see.

http://www.rossnet.pl
Przygodą jest nawet zakup odpowiedniej kawy i herbaty. Te torebkowe i aromatyzowane mogą być z niespodzianką. Na szczęście lada dzień wchodzi w życie przepis, który ułatwi życie alergikom (zwłaszcza, jeśli producenci będą się do niego stosować i dobrze opisywać produkty, bo jeszcze nie każdy uważa to za potrzebne).
Co jest największą zmorą każdego bezglutenowca? Jedzenie poza domem!
Załóżmy sobie, że umawiasz się z nowym kolegą na kawę. Przed złożeniem zamówienia trzeba zadać kelnerce milion pytań - czy kawa nie ma aromatów (potencjalny gluten w słodzidle albo jako nośnik aromatu), jak cukier był przechowywany (czy mu się nic nie nakruszyło), czy sami mielili cynamon (czy też był z mieszanki), najlepiej poprosić żeby parzyli kawę z dala od ciastek, bo się może nakruszyć. Otrzymując hipotetyczną kawę - z panią znasz się lepiej, niż z chłopakiem, z którym przyszłaś :)
Na szczęście obsługa w lokalach jest coraz częściej na poziomie i odpowiedzą na wszystkie pytania, pokażą każdą etykietkę... a jeśli nie ma w ofercie nic dla Ciebie to pozwolą wyciągnąć własny prowiant ;]

http://www.glutenfreesaver.com/
Żeby jeszcze moda na bezmleczne była taka powszechna, oooo! To byłabym szczęśliwa :) Bezmleczne odpowiedniki wielu produktów istnieją, ale trudniej je znaleźć niż bezglutenowe, wegańskie czy bez GMO.
Na mojej liście jest na przykład ten krem. Do wyjadania łyżeczką ze słoika. W składzie oczywiście zgadywanka.
http://www.rossnet.pl/GalleryImages/Photos2/07-09-12/thumb31_9135264.jpg
Pomyślałby kto, niby od roku nie jem glutenu - a jednak to "może zawierać" robi taką różnicę! 
A Wy miałyście perypetie przy zmianie żywienia? Jakie były Wasze największe zagwozdki, trudności i co Was najbardziej ubawiło?

Odp - mój hit to parówki z kaszą manną i pasztet bez mięsa, na pewno pyszne :>

Ten wpis nie ma charakteru informacyjnego. Nie mam zamiaru zachęcać czy też zniechęcać kogokolwiek do podejmowania diet, zwłaszcza bez badań czy konsultacji ze specjalistą.
Linki:


Będzie mi miło, jeśli mnie polubisz...
A nawet pokochasz...
Pokochaj z Bloglovin